Księga Postaci Pokochaj

Antrakt

niedziela, 1 stycznia 2012, 20:52
Mamy Nowy Rok! Z umysłem w miarę trzeźwym jak na "dzień po" sylwestrowym wieczorze, zajrzyjmy do szklanej kuli i zobaczmy co nam ten rok przyniesie.
Od razu z mgieł wyłania się nam obraz zmian jakie zajdą na blogu. Zakładka "Postaci" zmieni się w "Tezaurus", a więc będziecie mogli tam przeczytać nie tylko krótkie informacje o bohaterach, ale także opisy miejsc, przedmiotów i wszystkiego co ważne w świecie Samanty. Brzydko brzmiący napis "Obwieszczenie" zmieni się w... Szklaną Kulę, z której będzie można wyczytać datę pojawienia się kolejnego rozdziału. A skoro już przy rozdziałach jesteśmy, coś mi mówi, że w tym roku pojawi się PIĘĆ nowych - jeden z nich macie właśnie przed sobą.
A że niedługo Samanta trafi do Hogwartu bardzo serdecznie zapraszamy wszystkich na jej "facebookowski" profil, gdzie już od jakiegoś czasu możecie głosować w ankiecie, w którym z domów Szkoły Magii i Czarodziejstwa powinna spędzić najbliższych siedem lat.
Życzę dobrej zabawy!






Samanta przebierała się w milczeniu. Jej myśli krążyły wokół tego, co opowiadał dzisiaj wujek Orion. Jak widać, mama bardzo broniła swoich praw do wychowania córki. Dziewczynka bardzo ją kochała, podkreślała to już tyle razy, ale jeszcze nigdy nie podziwiała jej tak jak dzisiaj. Wydarzenia, które nastąpiły dzień po jej narodzinach wyjaśniały też dziwną barierę, jaka wyrosła między Gertie Lestrange, a jej bratem. Mama wyraźnie nie mogła wybaczyć mu całej sprawy, ale nie potrafiła też porozmawiać z nim o tym otwarcie i chyba... Chyba odczuwała też pewne wyrzuty sumienia, że tak bezceremonialnie wyprosiła go za drzwi. Samanta była tylko ciekawa jeszcze, co takiego wydarzyło się w dniu jej chrztu.
- Jesteś już gotowa, kochanie? - Gertie Lestrange stanęła w drzwiach pokoju córki. - Musimy wychodzić, jeśli nie chcemy się spóźnić.
Tym razem bardzo musiały uważać, aby nie pobrudzić brzegów sukien szlamem, zalegającym na Alei Śmiertelnego Nokturnu. Po pokonaniu ulicy Pokątnej przeszli przez pub Dziurawy Kocioł, Alphard Black otworzył przed nią drzwi i po raz pierwszy w życiu miała wejść w świat mugoli.
Samanta mocno wciągnęła powietrze. Ogarnął ją różnobarwny tłum. Gdy nieco ocknęła się z pierwszego szoku, dotarło do niej, że czarne drzwi wejściowe do Dziurawego Kotła, znajdują się na ulicy niemal całkowicie wypełnionej sklepami z płytami gramofonowymi i księgarniami. Wzrok przechodniów ślizgał się między eleganckim sklepem z książkami po ich jednej stronie, a obskurnym antykwariatem po drugiej:

"WSZYSTKIE TYTUŁY 1 £"

głosił napis na jego wystawie. Zafascynowani nim ludzie, zdawali się ich nie zauważać, ani tym bardziej drzwi z których wyszli.
- Czy oni nas... - zaczęła Samanta.
- Och, widzą nas - odparł Orion Black. - Problem w tym, że mają irytujący zwyczaj traktowania innych jak powietrze. Nie widzą jednak wejścia do Dziurawego Kotła.
- Dlaczego?
- Chroni je silne zaklęcie - odpowiedziała ciocia Sally. - Nie chcielibyśmy w naszym świecie całego tłumu zapatrzonych w siebie bubków, którzy nas nie rozumieją i zrozumieć nie chcą.
Piechotą, wśród tłumów mugoli, którzy właściwie na pierwszy rzut oka wcale nie różnili się od czarodziejów, dotarli do Trafalgar Square, jak głosiła nazwa na przyczepionej do latarni tabliczce, i wsiedli do czekającego nieopodal samochodu Ministerstwa Magii.
Początkowo Londyn wydawał się Samancie być bezładnym labiryntem ulic. Później zaczęła dostrzegać piękne stare kamienice, zielone parki i odchodzące od głównej drogi wąskie alejki.
Gdy przejeżdżali przez londyńskie Hampstead, dziewczynka była już przekonana, że trasa została tak zaplanowana, aby jej podobała się szczególnie. Górzyste i zielone tereny oraz widoczne w oddali dzikie wrzosowiska wydawały się jej być uosobieniem Edenu z jej dziecięcych marzeń.
Samanta właściwie nie zwracała uwagi na toczącą się w samochodzie, pełną śmiechów rozmowę. Przyglądała się mijanym miasteczkom i wsiom; zielonym polom, łąkom i lasom.
- Mówiłem wam, że należy zabierać ze sobą Samantę - dotarł do niej głos wujka Oriona. - Popatrzcie tylko jak jej się podoba.
- Nie wiem jeszcze czy mi się podoba, ale takie rzeczy widziałam do tej pory tylko na obrazkach w książkach - odezwała się dziewczynka.
- Poczekaj tylko, aż zobaczysz York - zagadnął Alphard Black.
- W mieście spędziłam całe życie - zbagatelizowała Samanta.
- Ale nie w takim...
Było w tym trochę prawdy. Gdy dwie godziny później dotarli na miejsce dziewczynka uznała, że York łączy ze sobą dwie sprzeczności. Uwielbiane przez nią dachy domów i wąskie uliczki z nieznaną jej dotychczas zielenią drzew i traw.
Samochód zatrzymał się przy jednej z bram prowadzących na stare miasto. Blackowie poprowadzili swoje towarzyszki w jej stronę.
- Mury obronne z XIII i XIV wieku - westchnął Orion Black. - I moja ulubiona Micklegate Bar.
- Tak - zaśmiał się jego szwagier. - Podobno do jej budowy użyto starych kamiennych trumien.
- Dlatego się wam podoba? - zapytała ciocia Sally.
W aurze tego miejsca było coś makabrycznego, ale też niezwykle przyciągającego. Jakby jedno wynikało z drugiego.
Jeszcze wspanialsza atmosfera ogarnęła ich, gdy przeszli przez bramę. Ruszyli wąskimi średniowiecznymi uliczkami, mijając kolejne pasaże z urokliwymi sklepikami, dając się wciągać z jednego przejścia w drugie i za kolejny drewniany lub kamienny róg. Stanowczo za szybko zatrzymali się przed jednym z tudoriańskich domów.
- To ma być teatr? - zagadnęła Samanta. - Nie za mały?
Teatr kojarzył się jej z ogromnym budynkiem, jakie widywała w książkach o starożytnych greckich czarodziejach.
- Sama zobaczysz - uśmiechnęła się mama.
I zobaczyła. Za drzwiami, które z zewnątrz wyglądały na całkiem zwyczajne, Samantę powitał całkiem inny świat. Dwaj mężczyźni w morskich szatach sprawdzili im bilety, a następnie przeprowadzili rewizję różdżek. Bardzo zmieszani, zwłaszcza gdy brali do ręki tę należącą do Alpharda Black'a.
- Przepraszamy - powiedział jeden z nich. - Konieczne środki bezpieczeństwa. W obecnej sytuacji...
- Rozumiem - przerwał mu pan Black. - Zdaje się, że sam, wraz ze swoim departamentem narzuciłem te restrykcje.
Na wprost nich były ogromne schody, prowadzące na wyższe piętro, po ich dwóch stronach stopnie prowadzące w dół. Kręciło się na nich mnóstwo ludzi.
Cała jasno oświetlona sala wejściowa wyłożona była miękkim, brązowym dywanem, a na kremowych ścianach, w złotych ramach, wisiały poruszające się fotografie aktorów. Przy każdej z nich umieszczono dwie lampy, które rzucały na nie światło.
Gdy szli w stronę schodów, niektórzy pozdrawiali ich skinieniem. Musieli zejść aż dwie kondygnacje niżej.
- Siedzimy w loży na pierwszym balkonie - wyjaśnił Alphard Black, gdy czarownica z obsługi widowni otworzyła przed nimi dębowe drzwi ze złotą klamką i odsunęła ciemnoczerwone zasłony.
Samancie aż dech zaparło po tym, co za nimi zobaczyła. Ogromna sala z niezliczoną ilością obitych czerwonym filcem foteli i dwoma piętrami balkonów, przyozdobionych złotymi ornamentami. I pomyśleć, że z zewnątrz wyglądało to jak zwykły dom.
- Jak to się tutaj pomieściło? - zapytała.
- To proste - zaśmiał się Orion Black. - Jesteśmy pod ziemią.
Pod ziemią, że też na to nie wpadła! Razem z mamą i Alphardem Blackiem usiadła zaraz przy balustradzie. Miała stąd dobry widok nie tylko na scenę, ale też na pozostałe loże. Ciocia Sally jakby czytała w jej myślach:
- Niektóre stare kwoki od przedstawienia bardziej interesuje kto z kim przyszedł - szepnęła jej do ucha.
Na nic innego nie było już czasu, bo zapadła ciemność i tylko mdłe, szarawe światło rozjaśniało punkt nad sceną. W momencie, gdy wszelkie szepty ucichły w smudze zawisła sieć, przypominająca pajęczynę, a w niej pojawiła się jakaś kobieta, siedząca jak na fotelu.
Samanta nie od razu rozpoznała w niej Violę Lockhart, w długich czarnych włosach i srebrnej, zwiewnej sukni, mieniącej się jakby ktoś przyczepił do niej krople rosy. Siedziała tak przez chwilę bez ruchu, zmuszając widzów, aby zaczęli zastanawiać się, jaką tajemnicę skrywa. Odwróciła nieco głowę, gdy w kulisach rozległo się echo kroków, a na scenie, między ściętymi do połowy kolumnami, pojawiły się kolejne dwie postaci. Tunel światła rozjaśnił naburmuszoną kobietę i zapatrzonego w nią mężczyznę:
- Oto nadchodzi, piękna Hipolito, chwila naszego ślubu. Za dni cztery... - zaczął mężczyzna, grający Tezeusza, a Samantę nawiedziło złe przeczucie, że zmagania z językiem staroangielskim nie będą proste.
Okazało się jednak, że emocje przekazywane przez aktorów, są dużo ważniejsze od słów i dzięki nim wszystko da się zrozumieć.
Jakież było zaskoczenie Samanty, gdy w roli Egeusza zobaczyła Derwenta Shimplinga, aktora komediowego, który małoletnim czarodziejom bardziej znany był ze zjedzenia jadowitej tentakuli i prawdopodobnie dla niejednego psotnego chłopca był niemal bohaterem narodowym - przynajmniej wynikało to z urywków rozmów zasłyszanych na Pokątnej. Śmieszył, a zarazem przerażał, gdy w bezsilności swojego bohatera, purpurowy na twarzy żądał, aby jego córka poślubiła Demetriusza.
Sam Demetriusz, wraz z Lizandrem również byli przezabawni w parze stwarzającej wrażenie dwóch kogutów walczących o jedną kurę. A wśród tego próbujący opanować sytuację król Tezeusz i wściekająca się na niego Hipolita. Trzeba było przyznać, że aktorka grająca tę ostatnią była wprost fenomenalna, chyba najlepsza ze wszystkich obecnych na scenie artystów. Nie mówiąc ani słowa, samą mimiką i gestem pokazywała, że cała sprawa absolutnie się jej nie podoba i drażnią ją słowa przyszłego męża, powołującego się na "stare prawo Aten", czego ostateczny wyraz dała wychodząc ostentacyjnie w połowie zdania:
- Pójdź Hipolito. Rozchmurz swoje czoło - wołał zdezorientowany Tezeusz, biegnąc za nią, ale starając się zachować twarz przed poddanymi. - Demetriusz z Egeuszem, śpieszcie za mną. Muszę was użyć dzisiaj do pewnej sprawy tyczącej mego ślubu i was samych.
- Pokornie, książę, idziemy za tobą - odparł Egeusz, śmiejąc się pod nosem.
I ku ogromnemu niezadowoleniu Samanty, na scenie zostali tylko Lizander i Hermia. Denerwowała ją ta ostatnia, która sprawiała wrażenie aktorki nie mającej pojęcia o teatrze, kwestie mówiącej sztucznie i zdającej się nie dbać o nic innego niż to, czy dobrze wygląda na scenie. Dlatego też dziewczynka rozejrzała się za Violą Lockhart, ale ta nie wiedzieć kiedy, zniknęła.
Hermia na początku miło ją zaskoczyła, przerywając przemowę Lizandra krótkimi wstawkami i nie dając mu dojść do słowa, ale dobre wrażenie szybko zostało zatarte, gdy przyszło do dłuższych kwestii. Znów były sztuczne i po prostu odklepane z pamięci, jakby się bała, że za chwilę zapomni tekstu. Toteż trudno się dziwić, że chwilę grozy przeżyła Samanta, gdy do akcji wkroczyła kolejna młodziutka aktorka, równie ładna, o ile nie ładniejsza niż ta, grająca Hermię. Dziewczynka była jednak mile zaskoczona, gdy ta zaczęła przemawiać natchnionym głosem, początkowo wypowiadając zdania jak modlitwę, tylko niewiele odbiegając kunsztem aktorskim od swojej starszej koleżanki, grającej Hipolitę. Potwierdziła to w monologu Heleny, pokazując, że dobrze wie, co znaczy być nieszczęśliwie zakochaną i grając rozterkę, jaką był wybór między wiernością przyjaciółce a miłością. Samanta niemal wzruszyła się, gdy kobieta kończyła:
- Jeżeli wdzięczność kupię to jak drogo! Ale w ten sposób rana się wybroczy, bo idącego ujrzą moje oczy.
Chwila nostalgii rozwiała się jednak natychmiast, gdy na scenie zrobiło się zamieszanie i pojawili się rzemieślnicy. Pigwa, spokojny jegomość, bezceremonialnie przyznający się, że nie wie jak zabrać się do wyznaczonego mu zadania i Spodek, uważający, że wie wszystko najlepiej, a tak naprawdę niewiedzący nic.
Samanta wręcz piała z radości, gdy Spodek biegał po scenie, wyciągając kolejnych rzemieślników z najmniej oczekiwanych miejsc, wołając:
- Mistrzowie, ustawcie się jakoś!
A następnie pompatycznym tonem recytował byle jaki wierszyk:
- Szalonych gór. Obłędny chór. Rozwali mur. Więziennych krat. - Tutaj dziewczynka mogłaby przysiąc, że puścił do niej oko. - I Feba wóz. Nas będzie wiózł. Przez skwar i mróz. W cudowny świat.
A kolejni rzemieślnicy też w niczym mu nie ustępowali. Razem z innymi Samanta śmiała się w głos, gdy Pigwa przydzielał role:
- Duda - powiedział. - Wy będziecie przedstawiać Tyzbe.
- Kto to jest ten Tyzbe? - zapytał bardzo przystojny miechownik. - Jakiś błędny rycerz?
- Skąd, to dama, w której...
I wszyscy na scenie i widowni, zaczęli ryczeć ze śmiechu na widok miny Dudy.
- Nie, na mą dusze, błagam was, nie dawajcie mi żadnej babskiej roli - wołał Duda, biegając między kolegami i próbując zatkać im usta. - Mnie już broda rośnie!
Resztę obsady Pigwa starał się przeczytać jak najszybciej, a kolejni rzemieślnicy byli coraz bardziej przerażeni.
Podczas, gdy Spodek walczył o rolę lwa, Samanta ze śmiechu omal nie spadła z balkonu, przytrzymywana za tył szaty przez ciocię Sally. W końcu Pigwa i Spodek pokłócili się na całego co dawało efekt jeszcze bardziej komiczny:
- Przyjdziemy na pewno. I zrobimy próbę ustną i rozpustną. Starajcie się, żeby wszystko było jak się patrzy - pouczył kolegów Spodek wychodząc. - I Adju! - Po czym przyłożył głową w wystający z kulisy konar.
- A więc pod księżycowym dębem - zawołał za rzemieślnikami Pigwa.
- Amen - podsumował Spodek, wychylając się z kulisy. - Choćby nawet miał nas szlag trafić.
Pigwa pokręcił głową i ruszył w przeciwną stronę. Scenę znów spowiła mistyczna atmosfera, nadpływała nad nią migocząca srebrem, niska mgła.
Wyłoniło się z niej stworzenie biegające tam i z powrotem - Samanta zastanawiała się czy to kobieta czy mężczyzna, ustawiające na kolumnach doniczki z kwiatami , a w tym samym czasie w jakiś magiczny sposób oplatały je pnące się liście. W końcu na jednej ze środkowych kolumn, jakby znikąd pojawił się inny elf. Chwilę obserwował zabiegi pierwszego, a gdy ten wciąż go nie zauważał, postanowił zwrócić na siebie uwagę:
- Hop-hop, duchu, dokąd wędrujesz?!
Elf stanął jak wryty, a następnie zaczął mu się przyglądać jak choince na Boże Narodzenie, obchodząc go dookoła.
Zaczęły się przechwałki obu duszków, zapowiadające nadejście Tytanii i Oberona, zakończone ogólnym popłochem, bo nadchodzą "królowie".
Na scenę wróciła Viola Lockhart i od razu chciała zejść, bo z drugiej strony zjawił się Oberon.
- Fatalny księżyc, przywiódł cię Tytanio! - zatrzymał ją.
Samanta od razu rozpoznała w nim pana Gilderoy'a Lockharta.
Tytania natychmiast odwróciła się w miejscu w jego stronę:
- A, zazdrośniku! Elfy, uciekajmy. Nie chcę z nim dzielić stołu ani łoża.
Oj, co prawda, to prawda, przemknęło przez myśl Samancie.
Cała dyskusja Tytani i Oberona była tak napisana, że spokojnie mogłaby być zwykłą kłótnią małżeńską byłych państwa Lockhart - przynajmniej z tego, co dziewczynka o nich słyszała. Nawet zdanie Violi: "Bo Hipolita, butna amazonka wojownicza twoja nałożnica Ma wyjść za Tezeusza, więc cię korci, Ażeby łoże im pobłogosławić...", była w pełni uzasadniona, gdyż kolejną rzeczą, która obiła się Samancie o uszyło było to, że pośrednią przyczyną jej rozwodu z panem Lockhartem było to, że zdradzał ją "na prawo i lewo", jak niegdyś wyrwało się cioci Sally, między innymi właśnie z nią. Choć... Zastanowiłaby się jednak, czy można to nazwać zdradą. Być może była odrobina prawdy w powtarzanym przez wuja Lamberta twierdzeniu, że przez "ekscesy" mamy i cioci, poczucie moralności Samanty jest "nieco zachwiane".
Dziewczynka odkryła również, jak rozpraszająca może być obecność bliskich osób na widowni. Kiedy pan Lockhart wygłaszał kwestię Oberona: "Bezczelna! Powiedz, jak możesz, Tytanio, Robić mi wyrzuty w sprawie Hipolity, Gdy wiem co czujesz ty, do Tezeusza! Czy Perygeni nie tyś go odbiła świetlistą nocą, czyż nie dzięki tobie Złamał on wiarę...". Wzrok Violi padł na Alpharda Blacka, który w loży akurat dotknął dłoni mamy. Stanęła jak wryta, a jej oczy nagle zaszły łzami. Ocknęła się w samą porę, aby wygłosić swoją kwestię:
- O, to są tylko fałszerstwa zazdrości. I nigdy, licząc od połowy lata... - zaczęła z taką złością, jakiej Samanta jeszcze nigdy u nikogo nie słyszała.
Reszta monologu była jakby wyrzuceniem z siebie całego żalu i rozgoryczenia.
Od tej pory do końca aktu, Samanta miała poważne problemy, aby skupić się na spektaklu. Nie dlatego, że był mało interesujący, wręcz przeciwnie, ale dlatego że jej myśli zaczęły krążyć wokół innego tematu.
Tak, wiedziała, że kiedyś jej "tata" był związany z Violą Lockhart, chyba nawet bardzo w niej zakochany. Rozstali się w bliżej nieokreślonych okolicznościach i Alphard Black znowu przyczołgał się do mamy. Za to reakcja Violi wskazywała na to, że nadal go kocha. A jeśli tak jest w istocie, to dlaczego wychodzi za wuja Lamberta?
Do tej pory Samanta myślała, że wie wszystko o świecie dorosłych, teraz pomału docierało do niej, że wciąż ma on przed nią tajemnice. I dlaczego ludzie chodzą do teatru, skoro obok nich rozgrywają się większe dramaty...
Z tych rozmyślań wybiło ją nagłe zapalenie się świateł, zwiastujące antrakt.
- Wspaniałe przedstawienie - zaśmiała się ciocia Sally, wymownie patrząc na Alpharda Blacka.
- A tak - odparł nieco rozkojarzony.
- Dasz się wyciągnąć na foyer na coś mocniejszego? - zapytała go uszczypliwie.
- Sally, on chyba dzisiaj miał już dość mocnych wrażeń - odpowiedział Orion Black, oferując jej ramię. - Ale ja chętnie skorzystam.
Usiedli w małej kawiarence na foyer, której ściany również obwieszono ruszającymi się zdjęciami. Niektóre twarze Samanta rozpoznawała już ze sceny. Poza jej towarzyszami, było tutaj mnóstwo elegancko ubranych osób, komentujących pierwszy akt lub to, jak zachowywali się czarodzieje w sąsiednich lożach.
- Muszę przyznać, że obsada dobrana jest idealnie - zaczęła mama, gdy podano zamówiony miodownik.
- Myślałam, że wyzionę ducha przy tym tekście o Hipolicie i nałożnicy Oberona - zaśmiała się ciocia Sally.
- Dlaczego? - zapytała natychmiast Samanta.
Przy ich stoliku na chwilę zapadła cisza. Mama ze złością wpatrywała się w ciocię.
- Widzisz tę kobietę na zdjęciu za tobą? - zapytał w końcu Alphard Black.
Samanta obejrzała się do tyłu. Ze złotych ram uśmiechała się do nich aktorka, przypominająca tę grająca Hipolitę, tylko trochę młodsza. Zdjęcie podpisane było "Daniela McKinnon".
- No i? - zapytała zdawkowo dziewczynka.
- I podczas prób do spektaklu, z którego pochodzi to zdjęcie, Gilderoy Lochart wdał się z nią w romans - wyjaśnił spokojnie. - Wtedy był jeszcze mężem Violi.
I wszystko jasne, pomyślała Samanta - "Hipolita, nałożnica Oberona".
- Jak to się stało, że podczas prób do "Snu" się nie zagryzły... - powiedziała na głos.
- Cóż, Viola potrafiła zachować klasę - westchnął Alphard Black. - Za to Daniela bała się jej jak mandragora błotoryja.
- Ty wtedy byłeś blisko z Violą, co? - dorzuciła zaczepnie ciocia Sally.
- A na premierze zjawiły się nawet duchy - powiedział Orion Black, starając się wybawić z opresji szwagra, który się zarumienił. - Wszyscy szczególnie cieszyli się z obecności Człowieka w Szarym Płaszczu.
- Dlaczego? - zapytała natychmiast Samanta.
- Przed samą premierą pojawiły się problemy - odpowiedział Alphard Black, ucieszony z takiej zmiany tematu. - Między innymi, zapadł na smoczą ospę aktor grający Oberona, musiał go zastąpić Gilderoy, który był reżyserem i jako jedyny znał tekst. A Człowiek w Szarym Płaszczu jest kulawym duchem w peruce, ubranym w pelerynę i trójgraniasty kapelusz. Zwykle straszy w mugolskim Theatre Royal, a jego pojawienie się, wieszczy udane przedstawienie. Dlatego, gdy zobaczyli go tutaj przed premierą to wszystkim spadł kamień z serca.
- A skąd nasz duch w mugolskim teatrze? - podłapała Samanta.
- Pracował tam za życia - tym razem odpowiedziała ciocia Sally i to bardzo poważnie. - Zdarzało się, głównie w XVIII i XIX wieku, że nasi aktorzy, nie mogąc znaleźć pracy w magicznym teatrze, szukali szczęścia u mugoli.
- Nie rzadko przy użyciu zaklęcia Confundus - zaśmiał się Orion Black.
Dorośli zaczęli dyskusję na temat czarodziejów pracujących dla mugoli, a Samantę zainteresowała grupka starszych czarownic przy sąsiednim stoliku. Co chwilę rzucały na nich niezbyt dyskretne spojrzenia i szeptały między sobą.
Właśnie udało im się ustalić, że mężczyzna przy sąsiednim stoliku to Alphard Black, szef Departamentu Przestrzegania Prawa. No cóż, Eliksiru Wielosokowego nie odkryły, ale zawsze coś. Teraz zażarcie dyskutowały o tym z kim przyszedł.
- Z tą jedną już się kiedyś pokazywał - mówiła prawdopodobnie najstarsza i najgrubsza z nich, patrząc na mamę Samanty. - Ale od wieków ich razem nie widziałam.
- W takim razie musiałaby to być Gertrude Lestrange - oświadczyła inna. - Siostra tego Lestrange'a od organizowania polowań na garborogi. Mój mąż zawsze twierdził, że choć Black miał wiele kochanek, tylko z nią, i z tą Lockhart, tą co gra Tytanię, pokazywał się oficjalnie.
- A nie wiesz przypadkiem co siostry Lestrange robią na co dzień? Zawsze mnie to interesowało...
- Tego chyba nikt nie wie, nawet mój mąż - powiedziała kobieta, wyglądająca jak żmijoptak. - A wiecie, że pracuje w departamencie, przed którym nic nie da się ukryć.
Ha, pewnie, że nie wie, pomyślała Samanta ze złośliwą satysfakcją, a nawet gdyby wiedział i tak by się nie przyznał, bo stawiałoby go to w podejrzanym świetle.
- A ja myślę, że one parają się czarną magią.
Samanta parsknęła w swoją herbatę. Gdy podniosła wzrok, napotkała zdziwione spojrzenie mamy.
- Nic, nic - wykręciła się szybko, aby móc jak najszybciej wrócić do podsłuchiwania tej "fascynującej" dyskusji.
Kobiety już zaczęły rozważać prawdopodobieństwo tej hipotezy.
- Moim zdaniem to bardzo możliwe - mówiła jedna z nich. - Ich brat podobno też dziwnie się zachowuje, nawet polowania przestają go interesować... Pewnie ma problem z siostrami...
- Wszystkie jesteście głupsze od elfa - zganiła je najstarsza. - Facet ma się niedługo ożenić, to i pewnie mocno jest zajęty. A gdyby te Lestrange rzeczywiście babrały się w czarnej mafii to Black by je dawno zgarnął.
- Skąd ta pewność? - naskoczyła na nią inna. - Widzisz w jakiej są zażyłości?
- A czy ty przypadkiem nie pamiętasz tej afery sprzed dziesięciu lat? - odpowiedziała jej tamta w tym samym tonie. - Zamknął w więzieniu tę całą Virginię Peverell tylko dlatego, że podejrzewali ją o nekromancję.
- Z nią nie był w tak zażyłych stosunkach - odpowiedziała autorka teorii ze złośliwą satysfakcją, przyglądając się Gertrude Lestrange.
- Nie? - zagadnęła przywódczyni tej bandy. - To dowiedz się moja droga, że z tą Peverell jako młody chłopak miał się nawet żenić. O! Rodzina wyraziła zgodę i takie tam różne, ale w pewnym momencie ktoś z Blacków wyniuchał, że Virginia jest córką charłaka, czy coś takiego. I koniec zabawy. Chłopak bardzo to przeżył i nie dał się namówić do małżeństwa z żadną inną, choć kandydatek nie brakowało. A jednak aresztował dawną narzeczoną, gdy było to konieczne.
- Cudowna historia - rzuciła kolejna czarownica. - Aż w gardle ściska. Ten drugi facet to Orion Black, tak?
- Na to wszystko wskazuje. Ciekawe czy Walburga wie, że prowadza się po teatrach z jakimiś kobietami o podejrzanej reputacji - powiedziała najmłodsza z kobiet, która do tej pory milczała. - Będę ją musiała o tym poinformować. Uwielbiam, gdy dostaje ataku furii.
- I podobno ostatnio dużo pije...
- Mnie bardziej interesuje, co to za dziecko...
Samanta bardzo szybko zajęła się swoim miodowym ciastkiem i dopijaniem herbaty.
- Bo ja wiem... Może jakaś pozostałość po tym skandalu z hodowli Oriona Blacka - zagaiła jedna z "dam". - Zawsze wam mówiłam, że sam Orion też na pewno brał w tym udział.
- Za duża jest - ucięła druga. - Pewnie to dziecko tych Lestrange.
- Przecież żyją samotnie...
- Ale w czarnej magii ręce maczają - przerwała jej zwolenniczka tej teorii. - Może jakoś udało im się...
Zanim jednak kobiety zdążyły pokłócić się na dobre, zabrzmiał gong, zapraszający widzów na drugi akt spektaklu.
- Kim są te panie? - zapytała Samanta, gdy wracali za nimi do swojej loży.
- Członkinie Towarzystwa Reformowania Wiedźm - wyjaśnił Alphard Black. - Nic pożytecznego nie robią, bo wiedźm nie trzeba reformować. Głównie zajmują się więc próżnym plotkowaniem...
- Że też musieliśmy na nie trafić, prawda Orionie? - zagadnęła ciocia Sally.
- Niepokoi mnie jedynie Augusta - odparł, przepuszczając ją przed sobą do loży.
Drugi akt również nie rozczarował Samanty. Po tym jak przyzwyczaiło się do sztucznego stylu gry Hermii i przymknęło się na niego oko, cały spektakl można było uznać za coś niesamowitego i zaczynało się doceniać wspaniałą pracę pozostałych aktorów, którzy przenosili widza w świat cudownej baśni. Lepszego prezentu na urodziny Samanta dostać nie mogła.
Po przedstawieniu wyszła na przesycone wonią kwitnących drzew powietrze w wyśmienitym nastroju i pełna optymizmu. Wyniosła ze sobą jednak nie tylko poczucie szczęścia, ale także temat do przemyśleń.

* W rozdziale wykorzystano fragmenty "Snu nocy letniej" W. Szekspira, w tłumaczeniu K.I. Gałczyńskiego.
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil




szablon-world.mylog.pl © 2010


Rozdziały

1. Życie na Nokturnie
2. Wuj Lambert
3. Czekolada z chili
4. Antrakt

Sponsorzy








Szablony, avatary...

Dyskusja



Obwieszczenie

Moi drodzy czytelnicy, ponieważ bardzo zależy mi, aby to opowiadanie było wyjątkowe (a nie pisane byle jak na kolanie w autobusie) kolejne rozdziały BĘDĄ SIĘ UKAZYWAĆ bardzo nieregularnie (w mniejszych bądź większych odstępach czasowych). Dlatego wszystkich wielbicieli Samanty bardzo proszę o zostawienie swojego numeru gg w Księdze Gości, abym mogła Was poinformować, gdy pojawi się coś nowego.

Opowiadania HP

Flavia Labollay
Bellatrix Black
Gilderoy Lockhart
Aurora Sinistra
Rita Skeeter
Syriusz Black
Orla Black
Monika Dursley
Anastasia Labollay
Laura Sylvanus
Gracia Dumbledore

Ocenialnie

Azkaban Will Eat You
SUM
Oceniam Wyobraźnię
Felix Felicis
Oceniam
Niecodziennie
PWN
Q-Py-Blok
Narcissism
Orto-Nazi
Żar Ocen
Kompania Ocenowa
Ława Przysięgłych
Talking About
Profesjonalne Oceny Blogów
Era Krytyki

Top Listy

Tiara Czarodzieja